Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 października 2016

CIEMNOŚĆ

CIEMNOŚĆ


CIEMNOŚĆ

Ciemność w pokoju była nieprzenikniona. Żadnych świateł na zewnątrz i jeszcze ta ogromna grusza na podwórku wypełniająca listowiem całe okno. Bał się. Lęk, który się pojawił tuż przed jej powrotem, wzmagał się z każdą chwilą. Teraz, po jej przyjeździe, osadził się w nim i już nie ustępował. Powinien odetchnąć z ulgą, bo zwykle nie wracała, jak się wyżyła. Ale nie mógł pozbyć się tego drżenia i rozpaczy. Nie chciał żyć. Nie było w tym żadnego sensu. Płakał.

Wściekła zatrzasnęła  drzwi od swojego pokoju na górze. Padalec, syknęła, durny, oślizgły padalec. Że też musiała się z nim związać. Po jaką cholerę. Teraz by się przez chwilę nie zastanawiała, ale wtedy, jak się było w ciąży, trzeba było wyjść za mąż. I ona się zgodziła, a nie powinna. Zupełnie go nie kochała. Była pijana, jak to się stało, wciągnęła go po dyskotece do tamtego domku kempingowego, żeby się odegrać na Jerzym, który się gził z Teresą i wpadła z tym idiotą. A teraz musi go znosić w swoim domu już osiemnaście lat. Patrzeć się nie da na tę glizdę.

Bał się włączyć światło, bał się, że znów ją przywabi i wpadnie tu rozwścieczona, żeby wrzeszczeć te straszne słowa. Nie wiedział, jak ma teraz żyć. Starał się, jak mógł. Opiekował ich synem, zajmował teściem staruszkiem, dbał o ule. Ale dla niej to nic. Natychmiast po powrocie zgarnęła wszystkie jego z trudem uciułane pieniądze. Zupełnie z nim nie rozmawia, tylko wyzywa od nieudaczników i idiotów. A tak ją kochał, naprawdę. Kochał, uwielbiał. Znosił wszystko, myślał, że ona też go pokocha. W końcu nosiła w swoim łonie jego dziecko. Myślał, że jak będzie czuły i uległy, to doceni. A ona go zdradzała i poniżała od samego początku.

Gdyby Jerzy nie zrobił Kryśce dzieciaka i się z nią zaraz nie ożenił, to by się rozwiodła. To prawda, było jej z tym ofermą wygodnie. Zajmował się synkiem i domem, miała dużo swobody. Jerzy też nie zniknął z jej życia. Spędzali czułe chwile w małym, niedrogim hoteliku w pobliskim miasteczku. To było nawet niezłe. Taki luz wewnętrzny. Ale jak się zorientowała, że on potrafi  zarabiać pieniądze, to naprawdę szlag ją trafił. A ten oferma Bogdan, tylko z tymi swoimi pszczółkami miodek robić umiał. Nie dało się z tego żyć na poziomie. Zabrała się i wyjechała do Niemiec na trzy lata, Jerzego coraz bardziej pochłaniały interesy i jego nowa kochanka, a z tym łamagą nie dało się żyć na co dzień. Teraz wraca do tej nędzy z ulami i wytrzymać nie może.

Jego życie nagle straciło sens. Żył sobie spokojnie. Niewiele oczekiwał od losu. Wtedy ona wróciła. Po co? Dobrze jej tam było, więc dlaczego! Zachlipał, wytarł nos. Bolał. Tak mocno go uderzyła. Tłukła go pięściami w jakimś amoku. Złapał ją za ręce, mówił, uspokój się, kochanie. Ja ci dam, kurwa, kochanie, ty padalcu, życie mi zmarnowałeś, ofermo.! Kopnęła go, puścił i wtedy tak zaczęła okładać pięściami, wydawało mu się, że złamała mu nos. Wszystko go teraz bolało, a najbardziej dusza.

Nie wie, czego oczekiwała po powrocie. Wróciła, bo starzec, którym się opiekowała, wyzionął ducha i w ogóle dosyć miała tego szwargotu, chciała przyjechać do siebie. Zapomniała przez ten czas, jak tu brzydko, nudno i nieciekawie. Jerzy miał troje dzieci, w domu znudzoną Kryśkę i kolejną kochankę. Dwanaście lat od niej młodszą. Wiedziała, że już nic z tego nie będzie. A u niej Bogdan, ta pierdoła i wdany zupełnie w ojca rozlazły syn, który ją do szału doprowadzał swym brakiem energii. Nie odchodził dosłownie od komputera. Myślała, że zatłucze ich obu.

Kiedyś poszedł na policję. Powiedział, umierając ze wstydu, że żona go bije. A oni w śmiech. Chłopie, ty, metr osiemdziesiąt,  z tą kruszyną sobie nie poradzisz? Stał tam jak idiota, pobity, upokorzony, bezgranicznie rozżalony. Żeby jeszcze jakieś ślady były. Ale nic. Na jego mięśniach, bo codziennie ćwiczył, te jej razy nie zostawiały śladów. A tak bolały. I wczoraj też go pobiła. Sprawdzał w lustrze, nic nie widać. Już raz próbował się zabić, ale odratowali na jego udrękę. Powiesi się. Weźmie sznur, powinien być jakiś mocny w składziku, pójdzie do lasu, nawet wie, które drzewo to będzie, i po prostu się powiesi.

A powieś się ty głupi dziadu, pomyślała o mężu. Dosyć miała jego jęków i swojego niespełnionego życia przez tego idiotę. Włączyła telewizor, nalała wina do kieliszka. Powieś się, pomyślała znów z narastającą złością.

Nie będę czekał do rana i tak nie zasnę. Wymacał w biurku latarkę, włączył. Popatrzył w jej świetle na pokój. Nie, nic go tu nie trzyma. Poszedł do składziku. Sznur był, tam gdzie pamiętał. Nic więcej nie czuł, tylko pragnienie, żeby zapaść się w nicość. Ruszył w ciemność…

23.10.2015r.



poniedziałek, 13 lipca 2015

OSTATNIE DUMANIE PANA WIESŁAWA

ostatnie dumanie pana Wiesława



OSTATNIE DUMANIE PANA WIESŁAWA


            Myk, myk, przeleci to życie jak ptak jakiś, albo kamień z nagła rzucony. I co teraz? Jesteś Ty tam, Boże? Nie wiem. Osiemdziesiątka na karku, dwa zawały zaliczone. Na trzeci mam się raczej nie decydować, pan doktor wygłosił mi przemądre zdanie. Bo jak się zdecyduję, to się dowiem. Czy w piekielną otchłań wpadnę, czy zaśpiewam w chórze anielskim, a może zamienię się w nicość? Mogę też przejść do następnego życia. Zostać łapserdakiem pod mostem denaturat pijącym, prezydentem kraju jakiegoś, a może małą afrykańską dziewczynką zgwałconą przez pułk żołnierzy. No, co tam, Boże, powiesz mi?
Dumam nad tym lat siedemdziesiąt, bo od dziesiątego roku życia dumam, gdy ksiądz wyrzucił mnie z konfesjonału, jak pomyliłem się w regułce, którą trzeba wygłosić przed spowiedzią i szedłem taki zapłakany z tego kościoła, i myślałem, dlaczego Bóg mi to zrobił? Tak go kochałem, tak starałem się nie grzeszyć, tydzień myślałem, co powiedzieć księdzu do ucha. Było tego tak żałośnie mało, że ukradłem ołówek Grześkowi z sąsiedniej ławki, żeby cokolwiek było. Ołówek po spowiedzi miałem oddać, ale i tak zostałem wyrzucony jak jakiś łajdus podły.
Męczyłeś Ty się Jezu na krzyżu za nas maluczkich i co z tą Twoją męką zrobiliśmy? Poubieraliśmy w złote ornaty swoich biskupów, napaśliśmy brzuchy proboszczów, wygoniliśmy z kościoła tych, którzy o miłości Twojej prawią, a nie o polityce. Spalaliśmy kobiety i innowierców na stosach od opętanych szatanem ich wyzywając, utłukiwaliśmy pogan masowo głosząc Twoją chwałę. Czy warto Ci było za to umierać na krzyżu Jezusie Nazareński?
Religii tyle na świecie jest, setki, a może i tysiące. A sekt rozmaitych!  Teraz to nawet jakaś od pizzy, czy hot-doga się utworzyła. A która prawdziwa? Którą chwycić za piętę, przyciągnąć do piersi, włożyć do serca. Nie wiem, nie wiem, Boże Jedyny. Jedyny dla mnie, a każdy przecież ma swojego Boga. Bo jak rozmawiam z ludźmi, to każdego Bóg inny. Jeden okrutny, pozwalający na wojny i bezprawie, inny czuły i pełen miłości, dający ukojenie, trzeci surowy, sprawdzający ciągle, czy nie nagrzeszyłaś marna ludzka istoto, a czwarty wesoły, podrygujący w tańcu. Piąty siedzi pod kołdrą i sprawdza, czy po bożemu się dzieje, szósty pozwala na radość i figle wesołe. Jaki jesteś Boże i gdzie?
Czy w Radiu Maryja mieszkasz, czy w „Tygodniku Powszechnym”? A może w jakiejś chacie peruwiańskiego szamana?
Chrześcijaninem byłem całe życie. Bo mękę chrystusową czułem, łzami płakałem gorzkimi myśląc o niej i dobro starałem się czynić w Jej imię. A przecież chrześcijan tyle, a każdy inny. Ewangelik wyśmiewa się z katolika, katolik rży na widok popa. A wszyscy ciągną za brodę rabina i chcą go do pieca wsadzić. To co mam, Boże, myśleć o tym, gdy mnie wołasz do siebie?  Czy przez czyściec z nieochrzczonymi dziećmi szedł będę? O zarodek kłócą się kapłani Twoi jak o największy skarb. Dzieci z wodogłowiem na mękę życia każą rodzić, a o godziwe miejsca w domu starców nie dbają. Umierają w samotności staruszkowie udręczeni życiem, z pustą szklanką bez wody obok, bo nikogo nie ma, co by dolał. Wiem, znam takich, sam się taki staję.
Za które grzechy będę odpowiadał, które uczynki dobre pochwalisz, a które zganisz? Teraz już nie wiem, czy zawsze to, co dobre mi się wydawało, dobrym było, a co złe, złym.
Ledwo chodzę, Boże Ty mój. Podpieram się na lasce, mojej jedynej towarzyszce. Żona zmarła, syn w Anglii, Samotnym jak palec. O Tobie, dumam, Boże, czy mnie przyjmiesz i jak. Czy się cieszyć mam, czy bać. Nie wiem. Siedzę na ławeczce nad rzeką, na niebo patrzę, na tę zieleń soczystą i mówię sobie, to jest mój raj. Niech się we mnie wtłoczy, niech się w nim rozpłynę, w tym śpiewie ptaków, w szeleście drzew. I niech mnie nikt nie ratuje.

1.07.2015r.

poniedziałek, 11 marca 2013

SAMOTNA MATKA

...
SAMOTNA MATKA

Jak ja się cieszę, że panie przyjechały. Tutaj, tu jest moje mieszkanie. W tym domu, Tam gdzie otynkowane mieszkają sąsiedzi, a to takie brudne, ze zniszczonym  murem, to moje mieszkanko po mamusi.  Dobrzy ludzie, jak napisałam to ogłoszenie, że jestem samotną matką i nie mam dochodów, przyjechali do mnie i  przywieźli mi farbę. Pomalowałam sama kuchnię, trzy dni malowałam. Teraz mam czyściutko. A na podłogę położyłam te wykładziny, co mi przywieźli. Dywanowe. Jak tak jedną na drugą, to będzie cieplej zimą. Bo nie mam na opał, chodzę z moim Arturkiem na torfowisko, zbieramy gałęzie. Suche badyle. Boję się zimy. Chłopcy nie mają ciepłych kurtek ani butów. Zapiszą panie numery? To tak, Arturek ma 166 cm wzrostu i buty numer 41 albo 42. Piotruś ma dziewięć lat i astmę. A numer 35. I Jakubek cztery latka i numer 24. Bardzo by się przydały buty na zimę.
Tutaj kuchnia. Teraz dobrze wygląda, bo pomalowana. Przez to, że palona, to ciągle okopcone. To mój brat. Chory jest. Nie może nic robić. Mieszka w pokoiku na górce. A tu są dwa takie malutkie pomieszczenia. Tu nikt nie mieszka. Mieszkał mój synek. Ale nagle umarł. Chłopcy boją się tutaj wchodzić. Mówią, że on tu ciągle jest. A w tym pomieszczeniu śpimy. Nie ma miejsca na nic innego, tylko nasze łóżka. Co nam potrzeba? Chleba. Mam tylko jeden bochenek na dzisiaj. A chłopcy chcą jeść, najbardziej Artur. Ma czternaście lat i poszedł właśnie do gimnazjum. Brakuje mu jeszcze podręczników, ale mu nie kupię, bo skąd mam wziąć pieniądze. Gmina nic nie ma, nie pomaga takim jak ja.
Ubrania by się chłopcom przydały na zimę, mnie tam nic nie trzeba. Poradzę sobie. Mój mąż umarł, a ojciec Jakubka siedzi w więzieniu. Bił nas, wygoniłam. On nigdy w niczym nie pomógł. Alimenty dostaję od komornika. Ale ile to jest, nie starcza na jedzenie, a ja jeszcze muszę mieć lekarstwa  dla Piotrusia i siebie, bo leczę się na depresję, tylko nie mam za co wykupić tych psychotropów.
Pralkę mi dobrzy ludzie przywieźli, tylko zaraz się zepsuła, a ja nie wiem, jak naprawić. Dziękuję, że panie przyjechały,  proszę do nas przyjeżdżać. Pomachaj paniom, Kubusiu, do widzenia, proszę pamiętać o nas, proszę pamiętać.

16.09.2012r.